News

Do tekstów pochodzących z bloga - wszelkie prawa są zastrzeżone

niedziela, 31 grudnia 2017

Życiowe rewolucje


Od pięciu miesięcy nie napisałem na tym blogu ani słowa. Dzisiaj, w ostatnim dniu roku, chcę to nadrobić. Co więc działo się od lipca?
Otrzymałem opinię od psychologa, że nie jestem świrem, tylko osobą transseksualną. Zaniosłem swojej pani doktor wszystkie wyniki badań, dzięki czemu mogła wypisać mi receptę na hormony. Od 20 października sympatyczna pielęgniarka wstrzykuje mi ampułkę testosteronu (Omnadren) raz na trzy tygodnie. Miesiąc spędziłem w szpitalu, na oddziale chirurgii, z powodu paskudnej rany na nodze. A w ostatni piątek odwiedził mnie kumpel z Wrocławia. Przegadaliśmy cały dzień :)
Tak więc rok 2017 był w pewien sposób rewolucyjny, choć końcówka roku lekko wymknęła się spod kontroli. Mam nadzieję, że kolejny rok upłynie bez zdrowotnych komplikacji i znacznie przybliży mnie do spełnienia największego marzenia...
Czytelnikom mojego bloga życzę, aby w 2018 roku zrealizowali to, czego pragną najbardziej i żeby otoczeni byli wyłącznie przyjaznymi ludźmi :)

piątek, 21 lipca 2017

Muzyka, która łagodzi codzienność



Postanowiłem zaopiekować się wewnętrznym, nie tyle dzieckiem, co nastolatkiem i dać mu coś, o czym marzył, a czego nie miał szansy zrealizować. Co było tym marzeniem, gdy miałem naście lat? Chciałem nauczyć się grać na gitarze.
Przez krótki czas przychodził do mnie „chłopiec z gitarą” i próbował nauczyć podstawowych chwytów, które zamieniały się w miłe dla uszu melodie. Niestety, nie trwało to długo, bowiem chłopiec nie spodobał się mojej matce, uważała, że zawraca mi głowę bzdurami, że marnuję tylko czas, który powinienem wykorzystywać na odrabianie lekcji. O własnej gitarze, nawet nie miałem co marzyć, bo ja taki mały a gitara duża (i droga), a co będzie, gdy okaże się, że nie mam talentu albo zniechęcę się po pierwszych nieudanych próbach (tak, matka od razu założyła, że to nie może się udać. Nie mnie.), że szkolna nauka ważniejsza, a szlifowanie gitarowych umiejętności wymaga poświęcenia wielu godzin, że samodzielnie niczego się nie nauczę a wizyty „chłopca z gitarą” są niemile widziane. Marzenie prysło jak bańka mydlana.
Gdy dorosłem, w moim życiu pojawił się inny „chłopiec z gitarą”. Godzinami mogłem słuchać jak gra. Obserwowałem, jak jego palce swobodnie i precyzyjnie przesuwają się po gryfie, jak odtwarza ze słuchu znane melodie. Byłem pełen podziwu dla jego samorodnego talentu. Pewnie, nauczyłby mnie grać, gdyby nam codzienność nie zszarzała. Sam też przestał sięgać po gitarę. Inne rzeczy stały się ważniejsze.
Mimo upływu lat, moja love do muzyki gitarowej nie zmieniła się. Coraz częściej zaczęła nawiedzać mnie myśl, że „gdybym miał gitarę, tobym na niej grał”. Tydzień temu owa myśl zmaterializowała się. Czeka mnie więc dużo nauki, ćwiczeń, bólu palców, ale i ogrom przyjemności. Czyż w życiu nie chodzi o to, by robić to, co się kocha?


czwartek, 6 lipca 2017

Dwunaste przykazanie


(…)
Po jedenaste – nie wychylaj się.
Po dwunaste – nie narzucaj się.

Patrząc na całokształt mojego życia, stwierdzam, że popadłem ze skrajności w skrajność.
Jako dziecko, narzucałem się z okazywaniem miłości swojej matce, licząc na to, że w którymś momencie odwzajemni uczucia i przestanie mnie traktować, jako obiekt drwin, służący do szarpania, tudzież bicia. Poniosłem porażkę.
Jako nastolatek narzucałem się z pomocą koleżankom i kolegom, byle tylko mnie akceptowali. Dawałem ściągać prace domowe, nie raz pisałem za innych wypracowania z polskiego albo referaty z historii, pożyczałem na wieczne nieoddanie swoje kieszonkowe. Też porażka.
Potem nastała dorosłość i mimo wcześniejszych porażek, znów poszedłem tą samą drogą, jeśli chodzi o bliższe relacje z facetami. Nie, nie chodzi o to, że im się narzucałem, żeby mnie chcieli, bo na brak powodzenia nie narzekałem, ale narzucałem się z ułatwianiem im życia. Była to najgłupsza rzecz, jaką mogłem zrobić. W końcu doszło do tego, że najpierw jeden, a potem drugi partner miał same prawa, a ja, same obowiązki. Obudziłem się dopiero, gdy drugi facet w cholerę rzucił etatową pracę, bo rola dyrektora domowego w zupełności mu wystarczała. O innych jego wyskokach i sposobie dyrektorowania nawet nie będę wspominał. Nietrudno się domyślić, że były to kolejne porażki.
Od tamtej pory minęło więcej niż 10 lat i nagle coś się ze mną stało, coś zatrybiło wreszcie albo przestawiło się w mojej łepetynie i przestałem się narzucać komukolwiek i z czymkolwiek. Nie znaczy to, że odmawiam pomocy. Lecz jeśli widzę, że ktoś zaczyna jej nadużywać, albo pojawia się tylko wtedy, gdy czegoś mu trzeba, posyłam go wówczas na przysłowiowe drzewo. Nie narzucam się również, gdy dostrzegam, że komuś nie bardzo zależy na znajomości ze mną – przestaję zabiegać o cokolwiek. W zasadzie, są dwie takie osoby (nie licząc istotki z rodziny), o których – pomimo wszystko – zawsze będę ciepło myślał, z sympatii i wdzięczności, że kiedyś mnie zaakceptowały.
Martwi mnie jednak coś innego. Druga skrajność, w jaką popadłem, zaczyna rozrastać się do granic absurdu, czego jestem całkowicie świadomy. Zacząłem bać się zabierać głos, na przykład, w grupowych, tudzież forumowych dyskusjach. Powiedzmy, że dotyczy to tylko niektórych miejsc w sieci, a nie wszystkich. Cokolwiek zdarza mi się napisać, mam wrażenie, że narzucam się innym swoim istnieniem, więc szybko przestawiam się na tryb milczenia i czytania tego, co piszą inni. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo jestem przecież dość komunikatywną osobą. Jest mi z tym źle, ale nie potrafię przestawić się na tryb: „olej swoje odczucia”. Coś mnie blokuje. Być może szóstym zmysłem odbieram od niektórych osób pewien rodzaj niechęci, a być może boję się, po prostu, zbliżyć do osób, które uznaję za sympatyczne i bardzo interesujące? Póki tego nie przepracuję, pozostanę chyba w cieniu.

piątek, 30 czerwca 2017

(Trans)hunterzy


Dotychczas trzymałem się z daleka od wszelkich portali randkowych, wiedząc (dzięki osobom, które na nich funkcjonują), że raczej nie znajdę tam swojego Księcia. Dopiero gdy dowiedziałem się, że istnieje portal dla osób transpłciowych, postanowiłem zaryzykować i utworzyć tam konto. Ale nie o sobie chcę pisać...
Przeglądając profile, które potencjalnie mogłyby mnie zainteresować, zacząłem zastanawiać się, czym kierują się biologiczni mężczyźni (nie będący TS, TG, TV, CD) zakładając tu konta. Po przejrzeniu ponad 50 stron z męskimi profilami, stwierdziłem, że 90% z nich jest na tym portalu, ponieważ:
naoglądali się pornosów z udziałem shemale i chcieliby spróbować seksu z podobną osobą (z samych opisów wynika, jak bardzo przedmiotowo traktują osoby transpłciowe);
są ciekawi, jak by było z transem obojętnie jakiej płci lub nie odróżniają M/K od K/M (tu również widoczne jest dążenie wyłącznie do seksu i przedmiotowe traktowanie);
są znudzeni byłymi lub obecnymi partnerami / partnerkami, w ich łóżkach nie dzieje się już nic ciekawego, więc potrzebują jakiejś odmiany, najlepiej w postaci transetki lub transa. Niektórym to nawet wszystko jedno jakiej płci byłaby ta osoba, bo sam przedrostek „trans” ich podnieca. A jeszcze potrafią dodać, że jeśli im się spodoba to może zatrzymają na dłużej takiego transa (znów przedmiotowe traktowanie).
Podsumowując – 90% cisowych profili należy do: znudzonych życiem, transowych pasjonatów, zaciekawionych, szukających nowych doznań, żądnych przygód, chcących spróbować wszystkiego facetów. Poza tym pełno tu: realnych, konkretnych i dyskretnych, chcących spotkać się realnie, konkretnie i dyskretnie. Niektórzy zaczynają opis od tego, że są „całkiem normalnymi mężczyznami” (no jasne, jeśliby nie zaznaczył, że normalny, to inni by pomyśleli, że jest nienormalny). A wielu, cały swój opis zawiera tylko w dwóch słowach: „Jestem mężczyzną” (wówczas kusi mnie niemożliwie, by dodać komentarz: „Gratuluję!”).
Ktoś może stwierdzi, że jestem złośliwy, że przecież istnieją przeróżne upodobania. Wiem, że tak jest, ale wiem również, że jako osoba transpłciowa nie jestem przedmiotem, nie jestem zabawką, którą sobie ktoś poużywa, żeby zaspokoić własną ciekawość, a kiedy mu się znudzi, pieprznąć mnie w kąt. Jestem żywym i czującym człowiekiem, który ma wiele do zaoferowania i – jak każdy inny człowiek – chciałby mieć tę jedną, wyjątkową, ukochaną osobę akceptującą mnie takim, jakim jestem. Niestety, coraz częściej myślę, że jest to niemożliwe. Zwłaszcza po lekturze powyżej opisanych anonsów.

środa, 10 maja 2017

Cokolwiek...


Oczywiste jest to, że nierobienie niczego jest jeszcze trudniejsze do wytrzymania niż robienie czegokolwiek z wmawianiem sobie, iż to ma jakikolwiek sens.”
Zdzisław Beksiński

poniedziałek, 1 maja 2017

Rocznica blogowa


Dziękuję Czytelnikom: stałym, okazjonalnym, a także przypadkowym za odwiedzanie mojego bloga. To miłe, że ktoś tutaj zagląda.



sobota, 22 kwietnia 2017

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Anegdota o chamstwie


Nie znoszę chamskich, prymitywnych ludzi. Po prostu, wywołują u mnie obrzydzenie. Ostatnio stwierdziłem, że takich istot, o mentalności pierwotniaka, łatwiej unikać w realnym świecie, niż w wirtualnym. Zapewne, poczucie pozornej anonimowości tak nakręca owe osobniki, że wydaje im się, iż mogą pozwolić sobie na więcej. Zabawa jednak trwa do czasu, gdy ktoś odpowiedzialny za wycinek wirtualnej rzeczywistości odpowiednio zareaguje i pozbawi szkodnika możliwości dalszego czynienia szkód. Tak być powinno, bo każdy z nas ma wystarczająco dużo problemów, by w jakikolwiek sposób uczestniczyć jeszcze w czyjejś prymitywnej rozrywce.
W związku z powyższym, przypomniała mi się rodzinna anegdota. Mój Tato, jadąc kiedyś zatłoczonym tramwajem, usłyszał od jednej pasażerki:
- Co się pan tak na chama pcha?!
- A bo to człowiek wie, na kogo się pcha? - odpowiedział Tata.
Tak więc, uważajmy, na kogo się pchamy 😜